Obudź mnie

 Poranny rozruch...

Czujecie? Szybkie przeciągnięcia ramion, reklamowany poranny ruch - to wydarzenie w moim życiu wypełniło pierwsze 10-15 minut po obudzeniu się i przeciąganiu w łazience. Cichutko, by nie zbudzić nikogo... rozmachy, słony, oklepywanie, różne takie... Jakieś tai - chi, coś na kształt pilatesu - spięć i rozluźnień, przypominania sobie o zapomnianych sektorach i...

No nic... Nadal jestem cała. Nie skręciłam, nie złamałam, nie zerwałam... nie naderwane miejsca szybko dały znać o sobie, ale żeby sylwetka jak mówią - najpierw to poczujesz, potem zauważysz  a w kolejności ci "inni" zauważą, no to mnie niestety nie dotknęło...

Ale, przez jakiś czas - kiedy wytrwale ścierałam kurz z podłogi i kantów blatu w łazience, a moje próby przepchnięcia wanny cudem nie doprowadziły do utraty fugi - u niej, a u mnie - przednich zębów - państwowych i moich, choć w zasadzie to wszystkich moich bo za tamte ciała obce - przecież sama płaciłam :)) No i... raz jeszcze pytam siebie... bo nadal mam jaki i miałam wcięcie w wersji śladowej a bikini nadal mieści z trudem moje strefy bikini, to jak to jest z tymi obietnicami. Z reklamą... z tym ułudą i "dźwignią handlu". To ona nadal powinna kształtować moją wyobraźnie i produkować złudzenia. Ale - po co? 

Mam co mam... tak jak mam. Jak się skuszę na kremówkę czy pączka - przeżywam straszne katusze duszy, czarne noce, grozę i... poczucie winy - pięknie podpalane przez innych... że o jeden raz za dużo. Węglowodany mi się śnią i nocą, i w dzień, w ilości zmiennie niezmiennej, licznej jak gwiazdy, jak pęd strumienia świadomości oraz rój meteorów z rozpadającej się supernowy obrzeżami Drogi Mlecznej gdzieś przy gwiazdozbiorach i galaktyce Andromedy, nie wiem już - gdzie się zaczynam, a gdzie kończę... 

I - nadal jestem jak Rosja.

I potrzebuję tego, by nią być...

Rosją carską, jednowładną... i carycą, matką narodu - i mym krajem jednocześnie. Być i mieć, choć bez tyć, tyć... wolałabym. Kocham ten kraj. Jego niekończące się granice, kresy i bezkresy. Akceptuję go, tę krainę, lodu i śniegu, i gorącego ognia oraz suszy, bezkresną, jasną... Bladą, tę, jaką teraz barwią pierwsze promienie słońca w ogródku, przy plewieniu i podlewaniu moich Dziekanowickich włości... Kocham ten uśmiech, jaki staram się pielęgnować mimo srogiego oblicza i oddechu, jaki każdy interpretuje jako "sapanie" czy "zmęczenie"... a ja już tak oddycham. Taki rytm ma serce, taką pojemność lub jej brak - płuca...

Oddalam się - i myślę o tym, co dziś zrobię na obiad... Po tym okresie próby, okresie sprawdzania i testowania nowego, ogłaszam czas zrównoważonej gospodarki i niewielkiej inwazyjności w to, co jeszcze zostało. 

Będę całą mą przestrzeń i płaszczyznę darzyć nadal niezmiennie przychylnym uczuciem. Bo to moje królestwo, moje niebo i moja ziemia... A w łazience, uważać na siebie i sprzęty aby, aby.... aby nie przesadzić z tymi marzeniami i celami.

Komentarze

Popularne posty